Opinie Pacjentów

Artur, 30 lat

Seans 1 - Generalnie zaczęło się od tego, że moje Słonko Antka spotkała Piotra gdzieś na ulicy. Są sąsiadami. Piotr dopytywał się jak ja się czuję. Okazało się, że Piotr stosuje terapię nieinwazyjną, która pomaga opanować zmysły i bóle rozszalałe podczas wypadku bądź jakiegoś innego urazu. No i się spotkaliśmy... tzn. Piotr przyjechał do mnie do szpitala bo ja jestem "mocno unieruchomiony" gdyż mam nogę na wyciągu. Dowiedziałem się, że organizm to tak zwana sieć nerwów, które tworzą ze sobą jedną spójną całość, funkcjonującą należycie dopóki nic się nie wydarzy. Ja miałem dość poważny wypadek i ta równowaga w sieci została drastycznie zachwiana. Po pierwsze przez to, że był wypadek a po drugie dlatego, że leżę w szpitalnym łóżku już trzeci tydzień i niestety mój organizm nie daje sobie z tym wszystkim rady.

No i Piotr zabrał się do pracy... Najpierw podłożył mi pod głowę swoje dłonie i tak naprawdę wtedy to nie czułem nic oprócz... jego lodowatych dłoni! Ale najdziwniejsze w tym wszystkim było to, że dłonie wcale nie zrobiły się ciepłe. Przez cały czas były lodowate i wcale nie ogrzały się od mojej głowy. Potem były jakieś rożne ruchy z moimi rękoma. Z lewą generalnie nie miał problemów bo mogłem ją bez stresu i bólu rozluźnić. Natomiast z prawą było znaczne gorzej... Miałem w niej wenflon, który sprawiał mi ból i niestety nie mogłem rozluźnić ręki.

Dotykał moich stóp, bioder, barków. W tym czasie czułem jak rozluźniają mi się mięśnie i szaleją nerwy w stopie. Seans się skończył. Czułem się bosko rozluźniony i było mi wspaniale. Piotr pojechał załatwiać sobie inne sprawy a ja zacząłem wyć z bólu. Dostałem pigułę przeciwbólową i nic. Potem zastrzyk domięśniowy i dalej nic, z kroplówką było tak samo. A ja już dostawałem "kota" z bólu. Dali mi jakieś silne narkotyki i ból ustąpił. Ufffff, nareszcie... ulga.

Następny dzień po zabiegu był porostu wspaniały. Nic mnie nie boli, mam wspaniały humor i czuję się rozluźniony. Moja łydka, która od wypadku była napięta jak struna jest przyjemnie rozluźniona.

Seans 2 - Dzisiaj troszkę noga mnie pobolewa. Dostaję jakieś niebieskie pigułki przeciwbólowe, ale one niestety nie pomagają. Potem kroplówka i ból ustąpił... nie na długo. No i pojawia się Piotr. Zapytał jak się mam i chwilkę porozmawialiśmy zupełnie o niczym. Zaczął się zabieg. Piotr przyłożył ręce do mojej głowy i myślę, że właśnie w ten sposób zaczął "dyskutować" z moim układem nerwowym. Poczułem jak się odprężam i moje ciało robi się luźne jak flak. Czyli jak się okazało w późniejszych zabiegach jest to zjawisko całkiem normalne :)) Po pewnym czasie, zabraliśmy się za moją rękę, w której poprzednio miałem wenflon.

No i okazało się, że gdy rozluźniłem rękę i Piotr ją prowadził zaczęła uparcie wracać do tego samego położenia... czyli tak jakbym trzymał ją na kierownicy podczas wypadku!!!! Znowu poruszaliśmy ręką a ona swoje... cały czas taka sama pozycja. I okazało się, że podczas wypadku wyzwoliłem w ręku tak dużą energię, że nie mam gdzie jej pomieścić, a to że ręka wracała do pozycji z motocykla to znaczy, że chciała z nami "pogadać" i oddawała w ten sposób nagromadzoną i niepotrzebną energię.

Potem stópki. Piotr chwycił za palce obie stopy i jak zwykle poczułem szaleństwo nerwów w lewej nodze. Najpierw bardzo delikatnie, ale zaczęło się wszystko nasilać i... koniec zabiegu. Jeszcze popracowaliśmy troszkę nad rozluźnieniem całego ciała i uspokojeniem rozszalałych nerwów.

I było wszystko OK, dopóki Piotr sobie nie poszedł!!! Wszystko się obudziło ze wzmożoną intensywnością i musiałem nafaszerować się przeciwbólowymi bo inaczej bym wył z bólu. Prądy które zaczęły przebiegać przez nogę może nie były najmocniejsze, ale były tak intensywne, że w pewnym momencie nie mogłem ich znieść.

No i dzień się skończył. Pigułka na sen i... rano okazuje się, że noga mniej boli, jest mniej obrzęknięta i jakoś tak jest lepiej z tym wszystkim.

Kurczę, gdyby nie te bóle bezpośrednio po zabiegu to była by to najprzyjemniejsza terapia :))))

Seans 3 - No i spotykamy się po raz trzeci :)) ale z małą zmianą!! Jestem już piąty dzień w domku. Ale do rzeczy. Piotr rozłożył swój magiczny stolik w dużym pokoju u mnie w domku. Ułożyłem się na nim wygodnie i wszystko się zaczęło. Najpierw jak zwykle "kontakt" z układem nerwowym a potem obracanie rękoma i nogami. Tak tak, Piotr dobrał się do mojej LEWEJ nogi i kazał się rozluźnić. Łatwo powiedzieć! Troszkę się stresowałem, że będzie strasznie boleć, ale nie. Zamknąłem oczy i pozwoliłem nodze krążyć. Nie spojrzałem nawet na chwilkę, bo bałem się tego, co zobaczę, ale wydawało mi się, że moja noga wykonywała ruchy, których dawno nie wykonywała.

Ale o dziwo jak zwykle się rozluźniła i było jej lepiej, jak się później okazało ten błogi stan był chwilowy:)) No i zaczęliśmy ruszać drugą nogą. Ona też w końcu brała udział w wypadku i musi nam coś ciekawego opowiedzieć. A poza tym to ruszając zdrową nogą oddziałuje się na nogę chorą i to dla niej jest bardzo dobrze. Najdziwniejsze i najmniej przyjemne w tym wszystkim jest to, że wszystkie zdrowe członki oddają swoja niepotrzebną energię przez chorą nogę!

Ruszam ręką i w nodze czuję szaleństwo nerwów. Potem malutka przerwa, bo akurat nic się nie dzieje, Piotr zabiera się do nogi zdrowej i znowu to samo! Noga chora zaczyna cierpieć :(( Dlaczego ona?? No, ale widocznie tak ma być. Po zabiegu miałem spokój przez jakąś godzinkę. Byłem rozluźniony i było mi dobrze. No i przyszedł ten moment, w którym zaczynam wyć z bólu :((( Zaczęliśmy zabieg około godziny 8 i trwał mniej więcej do 9, zaczęło boleć około 10 a odetchnąłem z ulgą dopiero około 14. Ból pojawił się nagle i tak samo nagle ustał. I znowu czułem się cudownie rozluźniony i mogłem odetchnąć bo chora noga przestała dawać o sobie znaki :))

Bardzo ciekawym zjawiskiem podczas tego zabiegu był moment, w którym Piotr stwierdził, że mnie rozluźni. Powiedziałem OK i Piotr podłożył jedną rękę pod moją głowę a drugą gdzieś na drugim końcu kręgosłupa. Wtedy myślałem sobie, ciekawe co on chce w ten sposób zrobić :)) i troszkę nie dawałem wiary w fakt mojego rozluźnienia... i co??!?!?! w pewnym momencie poczułem się jakby powietrze ze mnie zeszło! Gdyby nie Piotr to sam bym nie wstał z tego łóżka! Ta terapia to straszna zagadka!

Seans 4 - O kurczę!!!! W życiu czegoś takiego nie przeżyłem! Ten seans strasznie mnie zaskoczył! Położyłem się na magicznym stole i... zaczęło się. Piotr podłożył dłonie pod moja głowę i nic więcej nie robił. Przynajmniej tak mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka. Usłyszałem słowa "rozluźnij się" więc zamknąłem oczy i starałem się rozluźnić. W pewnym momencie poczułem coś bardzo dziwnego! Piotr nie dotykał mojej głowy a ona jakoś tak dziwnie drgnęła. Pomyślałem sobie, że pewnie to jakiś tik nerwowy.

Ale głowa drgnęła znowu! i znowu i znowu i znowu. Zacząłem się w duchu śmiać, że mam jakieś drgawki :)) Gdy się uśmiechnąłem zaczęły drgać poliki i to już mnie troszkę zaskoczyło! Głowa drgała tak, jakby ktoś wziął ją w ręce i miotał na boki. Krótkie szybkie ruchy! Coś niesamowitego. Tak podskakiwałem na tym łóżku i nie wiedziałem co się dzieje a drgawki rozszerzały się na inne członki! Zaczęły drgać mi ręce i dłonie.

Chwilkę to wszystko potrwało i usłyszałem "koniec zabiegu". Jeszcze zostałem rozluźniony tym dziwnym sposobem przy którym powietrze ze mnie schodzi i mam problemy z koordynacją ruchów. Wstałem z łóżka i czułem się cokolwiek dziwacznie. Byłem strasznie oszołomiony i miałem problemy z zebraniem myśli. Kręciło mi się troszkę w głowie więc stwierdziłem, że chyba lepiej dla mnie będzie jak nie będę spacerował bo jeszcze sobie jakiegoś guza nabiję :)) Strasznie to wszystko dziwne i troszkę przerażające... Jeżeli można w ten sposób leczyć ludzi i dawać im ulgę to na pewno też można im zrobić w ten sposób krzywdę! Dobrze, że Piotr nie jest zły :)

Byłbym zapomniał o jednej rzeczy! Zabieg trwał prawie 50 minut a ja myślałem, że spędziłem na stole zaledwie 15! Coś się poknociło z moim odczuciem czasu.

Maria

Dzięki tej metodzie pacjent ma realną szansę na doprowadzenie swego organizmu do możliwie najlepszej harmonii, równowagi i prawidłowego funkcjonowania. W bardzo delikatny i bezbolesny sposób można z zabiegu na zabieg korygować to, co jest najgłębiej okaleczone, a czasami wręcz nawet nieuświadomione. Chociaż przebieg zabiegu niejednokrotnie zaskakuje, jednak po nim, odczuwa się zdecydowana poprawę i ulgę.

Pacjentka_1

Zmarzł mi kiedyś prawy bark, to było super, super zmarznięcie! Skutek? Ból, sztywność mięśni, brak możliwości poruszania ręką (prawą!!!) Życie mi się skomplikowało, przestawiło, lewa ręka przejęła funkcje prawej (przećwiczyła mi się prawa półkula, to jedyny plus), ale ten ból, ból nie do wytrzymania. Nie, tak nie może być, trzeba podjąć walkę. Kolejni lekarze (internista, ortopeda, neurolog), szorstkie próby wykręcania mej ręki (z zadawaniem bólu) lub oceny "na oko" zakresu ruchu barku, kolejne leki przeciwbólowe, diagnoza "bark zamrożony", perspektywa dłuższej szpitalnej rehabilitacji, może nawet braku wyleczenia (tak mi powiedziano).

O nie! Nie będę kaleką do końca życia, ja muszę ręką ruszać, choćby częściowo. Motywację - przyznam - miałam silną. Znajomy terapeuta polecił mi doktora Piotra Godka. Młody ortopeda, z myśląco-uśmiechniętym obliczem, o wyglądzie Piasta-Kołodzieja bez lnianej koszuli (z czasem zmienił wygląd na dumnego paryskiego Gawroche'a - ja jednak wolałam pierwsze wcielenie). Rozmawiał ze mną spokojnie, wnikliwie, obejrzał moją dokumentację lekarską, kazał położyć się na kozetce. Leżałam w ciszy, spokojnie, on skupiony (czasem z zamkniętymi oczami) wykonywał nade mną rękami - poczynając od głowy - powolne, delikatne, lekkie ruchy, po czym próbował poruszać moją prawą ręką, pytając ją (nie mnie!): "gdzie chcesz iść rączko?" lub "chodź, chodź rączko!".

Nic na siłę, tylko naturalnie, do potrzeby organizmu. Potem coś mi mówił o jakichś nieznanych mi napięciach, powięziach, o zespole mięśnia nadgrzebieniowego prawego barku oraz zaproponował zastosowanie terapii manualnej (naturalnej). Przebieg zabiegu zaskoczył mnie, nie ukrywam, że przemknęła mi myśl, czy to nie jakieś "czary-mary" i czy przyjść ponownie w umówionym terminie. Jednak coś mnie do Doktora Piotra ciągnęło, a porównanie jego delikatnej manipulacji z poprzednimi próbami leczenia przesądziło o decyzji na tak. Spotykałam się z Doktorem Piotrem rok (długo?, a może jeszcze za mało?). Poznałam nie tylko lekarza, ale i człowieka - ciekawego, mądrego, dobrego dydaktyka (dyskretnie obserwowałam - chyba mi to wybaczy - Jego pracę ze mną, troski życia codziennego, Jego poglądy na życie, pracę zawodową, stosunek do pacjentów czy własnej rodziny.

Z czasem bliżej poznałam Jego metody pracy w terapii naturalnej - Terapię Czaszkowo-Krzyżową, Neuromobilizację, które to, mam nadzieję, choć trochę zrozumiałam. W gabinecie jedno mnie denerwowało: mała lampa na suficie (nie paliła się, bo była boczna, intymniejsza), lecz wyglądająca jak wielkie oko Big Brother's. Leżąc, siłą rzeczy powinnam była na nią patrzeć, ale zawsze starałam się jej unikać, przesunąć wzrok na ładne obrazy na ścianach. Podobał mi się obraz czerwono-zielony - perspektywa drogi z drzewami - może nieco kontrastowy, pobudzający. Doktorowi odwrotnie - ten drugi, stonowany i spokojny, ukazujący poprzewracane w zatoce łodzie, które trzeba podnieść (czyżby analogia do pracy z człowiekiem, którego trzeba uzdrowić?).

Do dziś nie wiem, jak skupiony Doktor Piotr - ruchami swoich rąk - wykrywał w moim ciele, nie tylko w barku, ale i w kręgosłupie, w odległych trzewiach, stopie te nieprawidłowe napięcia tkanek, powięzi, by je równoważyć, ale wiem dobrze, że moja ręka podnosiła się coraz wyżej, wyżej do góry i mniej bolała. Nie wiem, jak Jego ręce - tak jak licznik Geigera - potrafiły wskazać w mym organizmie miejsca patologiczne, by je następnie likwidować. Jak wyczuwał - mówiąc mi o tym - że teraz jakaś "tkanka odwija mi się"? Długo nie mogłam pojąć tego procesu, tej "swoistej negocjacji Doktora z mym organizmem", wykorzystywania mądrości natury ludzkiej (ciała) do pozbywania się choroby. Ale to odczułam, zwłaszcza wówczas gdy zniknął ból i prawa ręka stopniowo wykonywała coraz więcej ruchów!

Podczas wszystkich zabiegów - tych "seansów napięć i zwijania" - Doktor Piotr był dobrym obserwatorem (raczej słuchaczem) mego ciała, kierownikiem i koordynatorem naturalnych jego procesów. W różnych rozmowach (bo te metody leczenia zaczęły mnie interesować) wiele mądrości się od Doktora nauczyłam. Zaczęłam nieco rozumieć tę "wiedzę tajemną" (choć nie umiałabym jej zastosować), tę terapię manualną, w której terapeuta, analizuje nieprawidłowe napięcia tkanek w układzie ruchu (w stawach, mięśniach, więzadłach) czy układzie trzewnym (w narządach jamy brzusznej, klatki piersiowej) i równoważy je - znanymi sobie metodami - dla lepszego funkcjonowania organizmu. Zrozumiałam też, że współczesny człowiek, zafascynowany rozwojem cywilizacji i techniki, w tym medycznej, daleko odbiegł od natury i jej mądrości.

Przekonałam się też, że bazując na anatomii i biologii, słuchając organizmu ludzkiego, mowy jego tkanek, wspomagając środkami medycyny klasycznej (w moim przypadku miałam 2 zastrzyki Diprophosu, zmniejszające ból i stan zapalny), można osiągnąć pozytywne skutki w sferze fizyczno-psychicznej człowieka. Moja prawa ręka się rusza (lepiej też kręgosłup szyjny), choć czasem odczuwam pewną sztywność czy przykurcz mięsni, za to wykonuję prawie wszystkie czynności (!!!), samopoczucie mam lepsze, choć musze przyznać, że ręka jest chyba nieco "słabsza fizycznie" niż dawniej. Jest trochę niepewna, szybciej męczy się przy pływaniu czy kierowaniu samochodem (w trakcie choroby nauczyłam się jeździć lewą ręką, wytworzył się więc nowy nawyk, silnie utrwalił się, prowadzę auto nadal lewą ręką, prawą wrzucam biegi).

Może ta ręka już taka zostanie (i tak jest już cudownie!), może wymaga dalszej, okazjonalnej już terapii (nie ukrywam, nie była ona tania, ale leki, które musiałabym kupować, i różne zabiegi rehabilitacyjne, też kosztowałyby), jak i dalszych, wykonywanych w domu, ćwiczeń gimnastycznych. Czas pokaże. Póki co dziękuję Doktorze Piotrze. Dziękuję za zmobilizowanie wewnętrznych sił mojego organizmu (no i mnie), by drogą samoregulacji zwalczyły chorobę mego barku i ręki.

Pacjentka A.C.

Wszystko zaczęło się od zwykłego nic nie znaczącego wypadku. Poczułam ból w obu nadgarstkach i po kilku minutach zaczęły puchnąć mi dłonie. Stan ten nie utrzymywał się długo, więc myślałam, że w szybkim tempie wszystko wróci do normy. Myliłam się jednak, ból prawej dłoni dawał o sobie znać, więc udałam się do lekarza. Jak zwykle w takich przypadkach konieczne było wykonanie zdjęcia rtg. Prześwietlenie nie wykazało żadnych uszkodzeń mimo to lekarz założył mi gips na okres dwóch tygodni i przepisał tabletki przeciwbólowe. Po tym okresie wszystko wróciło do normy ból minął i mogłam zacząć normalnie funkcjonować. Po dłuższym czasie - około 1,5 roku ból nadgarstka powrócił i wszystko zaczęło się od początku. Kolejne skierowanie na prześwietlenie, które jak wcześniej nie wykazało żadnych zmian, kolejne tabletki przeciwbólowe, które nie przyniosły żadnych efektów.

Po kilku podobnych wizytach u różnych specjalistów dałam za wygraną i doszłam do wniosku, że skoro lekarze są bezradni i nie potrafią wskazać konkretnej diagnozy ani przyczyn moich dolegliwości nie ma sensu dalsze leczenie. Kiedy jednak ból dawał o sobie znać bardziej niż dotychczas, nie ustępował, miałam opuchniętą dłoń i towarzyszyło temu uczucie drętwienia podjęłam kolejną próbę leczenia. Tym razem leczenie ruszyło nieco naprzód. Miałam wykonane badanie USG, którego diagnoza brzmiała: "w okolicy wyrostka rylcowatego kości promieniowej ścięgna pierwszego przedziału prostowników, objęte wysiękiem w pochewce, ciągłość zachowana, obniżona echogeniczność ścięgna, obrys warstwy korowej wyrostka rylcowatego nierówny w tym rejonie. Prawidłowa ilość płynu w stawie promieniowo-nadgarstkowym".

Choć diagnoza nie wykazywała nic groźnego lekarz zrobił mi zastrzyk tzw. blokadę, której działanie trwało 6 tygodni. Po tym okresie nie nastąpiła żadna widoczna poprawa, więc zaproponował mi dwutygodniowe zwolnienie lekarskie. Z uwagi na wykonywany przeze mnie zawód ręka jest przeciążana, więc zwolnienie miało na celu zminimalizowanie przeciążeń. Tym razem zmiany były niewielkie, więc kolejnym etapem leczenia były zabiegi fizykoterapii, takie jak pole magnetyczne, jonoforeza i krioterapia. Początki zabiegów były bardzo nieprzyjemne, towarzyszyły im narastające bóle i opuchlizna. W późniejszej fazie zabiegów wskazane objawy zaczęły ustępować i nieco zmniejszył się ból nadgarstka. Z uwagi na małą skuteczność wszelkich zabiegów mój lekarz zaproponował mi pewną metodę leczenia zwaną terapią czaszkowo-krzyżową, która jest uzupełnieniem klasycznych metod leczenia.

Dowiedziałam się, że podczas tej terapii terapeuta "obserwuje" za pomocą delikatnego dotyku nieprawidłowe napięcia tkanki nie tylko w okolicach czaszki czy kręgosłupa, ale pośrednio też w całym ciele. Dzięki temu uszkodzone tkanki są pobudzane do działania, dzięki czemu dążą do uzyskania równowagi. Z zapewnień mojego lekarza wynikało, iż jest to bardzo bezpieczna metoda leczenia oraz wskazana w leczeniu bardzo wielu dolegliwości. Z uwagi na fakt, iż większość zabiegów, z których do tej pory korzystałam nie przyniosły prawie żadnych widocznych efektów postanowiłam skorzystać z rady lekarza i rozpoczęłam terapię nieznaną mi dotąd metodą leczenia. Każdy z zabiegów miał bardzo podobny przebieg, choć po każdym z nich organizm reagował zupełnie inaczej. Na początku każdego zabiegu terapeuta przykłada dłonie w okolicach głowy.

Po kilku minutach można poczuć miłe uczucie ciepła w całym organizmie. Po kilku chwilach ciało zaczyna coraz bardziej się odprężać i zanika uczucie napięcia. Gdy ciało jest już zupełnie odprężone można zauważyć jak cała nagromadzona energia płynie w kierunku rąk terapeuty. Gdy podczas pierwszego zabiegu badaniu została poddana prawa ręka poczułam, że zaczyna robić się coraz cięższa i zupełnie nie chce się poddać terapii. Gdy dla porównania badaniu poddana została lewa ręka czułam jak jakaś siła zewnętrzna wytycza jej określony tor ruchu. Po pierwszym zabiegu czułam się bardzo źle. Oprócz tego, że ból w prawym nadgarstku znacznie się nasilił, odczuwałam także silny ból w klatce piersiowej, któremu towarzyszyły nudności i ogólne zmęczenie. Podczas drugiego zabiegu początek zabiegu był podobny. Delikatnym dotykiem terapeuta "wyciszył" organizm powodując, że stawał się coraz bardziej odprężony i zrelaksowany.

Gdy tym razem badaniu poddana został poddany prawy nadgarstek, tym razem ręka zaczęła w znacznym stopniu poddawać się terapii. Ręka będąc kierowana pewną siłą zewnętrzną zaczęła wykonywać określone ruchy podążając za "głosem" terapeuty. Każdy nawet najmniejszy ruch sprawiał mi ogromny ból. Ręka w pewnym momencie zrobiła się bardzo ciężka i temu stanowi towarzyszyło odrętwienie całej ręki. Jedyną widoczną oznaką po tym zabiegu był ból w okolicach prawego nadgarstka utrzymujący się przez kilka dni, jak również trudności w poruszaniu ręką. Trzeci z zabiegów był przełomowy w owej terapii. Po tym zabiegu wszelkie dolegliwości zaczęły ustępować. Ból dłoni minął i pojawiał się bardzo rzadko, nie był już tak silny i dokuczliwy jak na początku terapii.

Ewa

Do lekarza zgłosiłam się z tzw. bolesnym barkiem, kiedy po półtorarocznym leczeniu farmakologicznym oraz rehabilitacji stan barku stale się pogarszał. Po wstępnej diagnostyce nie wykazującej zmian w stawie lekarz zaproponował terapie manualną podejrzewając tło nerwicowe moich dolegliwości. Rzeczywiście - w momencie, kiedy zgłosiłam się do lekarza byłam w ogólnie złym stanie zdrowia.

Miałam za sobą ciężkie, tragiczne przeżycia osobiste, wiele lat walki z depresją, brakiem odporności, chorobą wieńcową i w związku z tym nie mogłam normalnie pracować. Ku mojemu zaskoczeniu terapia zaczęła przynosić ulgę nie tylko w bólach barku, ale objawiała się ogólną poprawą samopoczucia. Zaczęłam dobrze oddychać, sprawnie się poruszać, poprawiła się nie tylko koordynacja ruchu, ale także koncentracja i pamięć.