"Filozofia Terapii Czaszkowo-Krzyżowej"
Autor: lek. med. Piotr Godek

Wstęp

Kiedy jako student W.G. Sutherland poznawał tajniki osteopatii w szkole założonej przez A.T. Stilla, zapewne pod wpływem uwag swojego mistrza poszukiwał wzajemnego powiązania funkcji i struktury. Obserwując kształt k. skroniowej doszedł do wniosku, że gdyby owa kość zachowała swoją ruchomość to wówczas wykonywałaby ruch podobny do tego jaki wykonują skrzela ryby, a jeżeli tak to u podstaw tego ruchu musiałby leżeć jakiegoś rodzaju mechanizm oddechowy.

Myśl cokolwiek osobliwa, zważywszy na to, że wiedza anatomiczna tamtych czasów nie uwzględniała ani ruchomości poszczególnych kości czaszki, ani tym bardziej autonomicznego mechanizmu ich uruchamiania. Ten mechanizm Sutherland nazwał mechanizmem pierwotnego oddychania (Primary Respiratory Mechanism - PRM) i ulokował w nim właśnie pierwotną siłę zdolną do podtrzymywania życia, stojącą na straży homeostazy organizmu.

Jak bardzo była to koncepcja rewolucyjna świadczy pospołu historia zmagań tego człowieka ze środowiskiem medycznym o uznanie jego teorii, jak również doświadczenie wielu terapeutów, dla których przyjęcie koncepcji osteopatii czaszkowej stanowiło otwarcie nowych niewyobrażalnych dotychczas możliwości ingerencji w ludzkie ciało. Chyba sam Sutherland nie przewidywał w najśmielszych marzeniach, że otwiera nową erę w osteopatii, tak jak Kopernik w dziedzinie wiedzy o kosmosie. Tworząc koncepcję mechanizmu pierwotnego oddychania (PRM) w układzie między czaszką i kością krzyżową, nie tylko uruchomił to co dotychczas było uważane za statyczne, ale swoim odkryciem i rozwijaną koncepcją nadał właściwą rangę mechanizmom samoregulacji tkwiącym w ciele. Często podkreślał, że to co ma się stać podczas sesji terapeutycznej nie zależy od mocy terapeuty lecz od jego zdolności odczytywania wewnętrznego planu leczenia, który gotowy do uruchomienia - zawarty jest w samym ustroju.

Ciało jako całość

Na ten temat powiedziano już chyba wszystko - w podręcznikach anatomii, fizjologii, biochemii. Dlaczego więc bolesny bark to sprawa ortopedy, zapalenie zatok - laryngologa, a zaburzenia trawienne - gastrologa. Wynika to tak naprawdę z lawinowego przyrostu wiedzy medycznej w ciągu ostatnich kilku dekad i konieczności ukierunkowania studiów medycznych i podyplomowych na określone dziedziny. Jak wiadomo, wiek życia przeciętnego lekarza nie wydłużył się proporcjonalnie do przyrostu zasobów światowych źródeł wiedzy medycznej i po prostu nie starcza życia, aby poznać dotychczasowy dorobek danej gałęzi medycznej, a co dopiero wnieść własny do niej wkład. Dlatego lekarzy rozlokowano w pewnych szufladach z bardziej lub mniej wygodną pozycją do obserwacji procesu zdrowia i choroby, który jest przecież pewnym kontinuum, a nie sekwencją zdarzeń bliskich danej specjalności.

Dramat powstaje wówczas, gdy pacjent znajdzie się w "ziemi niczyjej", nie wymaga operacji, nie ma objawów biochemicznych potwierdzających zgłaszane dolegliwości albo sposób ich przebiegu nastręcza trudności we właściwym zaklasyfikowaniu problemu. Z punktu widzenia terapii czaszkowo-krzyżowej powyżej wspomniane trzy dolegliwości mogą być wynikiem tego samego zablokowania w układzie PRM.

Przykład? Proszę uprzejmie:

  • zablokowanie k. skroniowej -> wzmożone napięcie m. mostkowo-obojczykowo-sutkowego -> zablokowanie stawu mostkowo-obojczykowego -> nieprawidłowa oś obrotu obojczyka w stawie obojczykowo-barkowym -> dysfunkcja górnego piętra stawu barkowego

  • zablokowanie k. skroniowej -> zablokowanie k. klinowej -> zablokowanie lemiesza -> gorszy odpływ z zatok żylnych jamistych -> zaleganie toksyn -> zły drenaż żylny zatok obocznych nosa -> zapalenie zatok

  • zablokowanie k. skroniowej -> kompresja otworu jarzmowego -> ucisk nerwu błędnego w otworze jarzmowym -> dysfunkcja śluzówki przewodu pokarmowego

Pacjenci których objawy trudne są do zakwalifikowania w szufladkowym systemie kompetencji medycznych to przekleństwo dla wielu lekarzy z poradni rodzinnych. Dla terapeuty zajmującego się terapią czaszkowo-krzyżową nie ma dziwnych objawów, nie ma dziwnych pacjentów. Wszystkie połączenia są tak samo ważne i wszystkim należy się bacznie przyglądać, może w niewinnym z pozoru symptomie kryje się klucz do zagadki jakimi drogami układ przeprowadził kompensacje zaistniałej sytuacji kryzysowej, niezależnie jak dawno do niej doszło.

Niepowtarzalność doświadczeń ciała - niepowtarzalność przebiegu terapii

Aby zrozumieć koncepcje niepowtarzalnych doświadczeń ciała, wyobraźmy sobie następujące doświadczenie. Oto kilka kartek papieru pomiętych zostaje przez tego samego człowieka jedna po drugiej z tą samą siłą, ale w sposób przypadkowy. Kształt kartek w formie papierowych zwitków będzie zapewne niepowtarzalny jeśli analizować układ zagięć. Chcąc uzyskać ponownie pierwotny kształt kartki podlegać one muszą zgoła odmiennym procesom odwijania, zależnie od przebiegu zgięć, stopnia deformacji, itd. Należy oczywiście uwzględnić to, że raz zagięta kartka nigdy nie pozbędzie się śladów po procesie deformacji, ale po przywróceniu wyjściowego kształtu to nadal jest kartka zdolna do przyjęcia tekstu w odróżnieniu od zwitka.

Jesteśmy kartkami, które pod wpływem wszystkich doświadczeń życiowych ulegają deformacjom w postaci zagięć, część z nich dzięki przemożnej woli do samokompensacji ustroju ulega redukcji, lecz część pozostaje pod postacią głęboko ukrytych ran jako zagięcia grożące przerwaniem ciągłości kartki. To inwencja terapeuty, jego wrażliwość na sygnały ciała i wyczucie decyduje o sposobie uzyskiwania stanu równowagi (czytaj rozprostowanej kartki) wszystkie kierunki działania będące w zgodzie z przestrzenną geometrią doznań kartki są przez nią nagradzane odsłonięciem kolejnych płaszczyzn. A jeśli tak to nie terapeuta reżyseruje odwijanie on tylko podąża za procesem.

Życie jako kontinuum

Poruszając się dalej w tej "konwencji origami" można stwierdzić, że kartka nigdy nie przestaje być zgniatana - codziennie bowiem spotyka nas wiele doświadczeń. Pośród nich są takie, które zaginają tylko róg karki - są jakby niezauważalnym uszczerbkiem naszego potencjału, ale są też takie które zginają nas wpół, mielą i kompresują ograniczając nasze zasoby w sposób gwałtowny, traumatyczny. Ten proces trwa od chwili poczęcia, przez wszystkie fazy życia płodowego, poród, dzieciństwo, wiek dojrzały, podeszły aż do śmierci. Nie ważne kiedy zaistniała trauma, jej ślad w postaci "blizn" na kartce przetrwa już do końca.

Otwórz drzwi i okna – przeciąg zrobi resztę

Co więc właściwie robi terapeuta podczas sesji? Jaka jest jego rola? I czy w ogóle jest potrzebny, skoro scenariusz procesu odwijania tkwi już w ciele? Terapeuta w cudownym spotkaniu z ustrojem zdolnym do przyjęcia jego zaproszenia do pracy nad odwijaniem stwarza warunki do tego aby proces mógł zachodzić. Tak jak wietrząc pomieszczenie nie musimy garściami wymieniać powietrza, wystarczy otworzyć drzwi i okna, resztę zrobi przeciąg. Podczas sesji terapeutycznej zachodzi tak metafizyczny kontakt z ciałem pacjenta jakby podejmowało się dialog nie z człowiekiem o konkretnym peselu, który właśnie położył się na leżance, ale z jego aniołem stróżem, który steruje jego wewnętrznym procesem powrotu do równowagi. Opisuje to na wielu przykładach klinicznych z własnej rozległej praktyki - J. Upledger, nazywając wewnętrzny potencjał pacjenta zapraszany do kooperacji - wewnętrznym lekarzem (Inner Physician). Podczas dobrej sesji terapeuta odczuwa głęboki spokój, podobny do stanu medytacji. Mając świadomość, że niezależnie od stopnia zaawansowania jego warsztatu, klinicznego doświadczenia jego działania pozostają nieskończenie proste w stosunku do złożoności mechanizmu na jaki wpływa. Są tylko jakby enzymem, który zapoczątkuje złożoną, trudną do intelektualnego ogarnięcia, wielopłaszczyznową przemianę ciała w kierunku równowagi. Okazuje się, że im mniej opresyjny dla systemu sposób wykonywania terapii, im większa swoboda dana zjawiskom spontanicznym, im większa skłonność do negocjacji stanu równowagi tym pomyślniejszy efekt terapii. Tu życzliwa asysta w procesie zdrowienia daje więcej niż ponaglanie zdrowia, aby wreszcie wróciło.

Uwarunkowania relacji terapeuta –pacjent

Jako terapeuta chcę jasno powiedzieć - nie dysponuję mocą uleczenia wszystkiego co chore, nie znam sposobów zapominania o traumie, ochrony przed cierpieniem, uczynienia szczęśliwym, młodym i pięknym. Wracając do celulozy - nie jestem producentem nowych kartek, nie mam kartek zapasowych, nie prasuję kartek zanim ich nie wyrównam albo przynajmniej spróbuję, nie upiększam kartek, sugeruję kartkom zaprzestanie przyglądania się i porównywania swoich ran, a przede wszystkim pytania dlaczego to ja? Jako terapeuta posługujący się technikami osteopatii czaszkowej pomagam im tylko się odginać w sposób szanujący ich formę i odnajdywać stan równowagi.

Czym różnię się od psychoterapeuty? Tym, że nie muszę czytać zapisu na kartce, interesuje mnie jej kształt, bo wiem że, ze struktury wynika funkcja. Bo wiem, że na wyprostowanej kartce jakkolwiek pokrytej bruzdami poprzednich traumatycznych doświadczeń można coś napisać, ona spełni swoje "statutowe" zadania, bo każda kartka chce się czuć potrzebna, bo każda kartka ma prawo czuć się potrzebna. Dlaczego czasem zdrowie nie wraca i kartka jest smutna? Zaryzykuję przewrotnie - że wraca zawsze tylko kartka się zużywa i przy kolejnym zagięciu ulega nieodwracalnym uszkodzeniom, ale gdyby można było przywracać pierwotny kształt (czytaj - powstrzymać czas) kartka zawsze zachowałaby pamięć kształtu i zechciałaby być prosta.

Dlaczego nie wszyscy odczuwają ulgę? Niektórzy koncentrują się na tempie w jakim prostuje się kartka, niezadowalające tempo ich nie satysfakcjonuje, odrzucają terapię czują się oszukani. Inni koncentrują uwagę na jakimś szczególnym zagięciu (dokuczliwym objawie) które ich zdaniem najbardziej im przeszkadza, co nie musi być spójne z wyborem ciała jako koordynatora zmian, przestrzegającego bezstronnie priorytetów terapeutycznych. Są tacy którym przeszkadza, że terapeuta mało się przy nich napracował - to ci którzy muszą słyszeć szelest kartki dopiero wówczas wierzą że się prostuje. Jeszcze inni chcą być pomiętą kartką wbrew woli ciała i jego wewnętrznym tendencjom - to jedna z paradoksalnych kompensacji głębiej ukrytego problemu - należy to uszanować.

Podsumowanie

Wszyscy jesteśmy kartkami papieru, mamy na sobie szereg zagięć, ale mamy też wewnętrzną wolę do przywracania równowagi, wspaniałą pamięć idealnego kształtu, nie jesteśmy skazani na bycie zwitkiem na dnie kosza. Terapia czaszkowo-krzyżowa poprzez swoją unikalną filozofię działania pozwala z optymizmem stawiać czoła nawet największym przeszkodom na drodze do zdrowia pojmowanego jako stanu równowagi psychofizycznej. Jest życzliwa dla pacjenta. Poprzez pracę na strukturach łącznotkankowych terapia uwalnia napięcia zapisane w sferze emocjonalnej pacjenta, a więc w procesie somatoemocjonalnego uwalniania nie ma sobie równych pośród innych metod terapii manualnej. Nie ingeruje traumatycznie w ustrój, bardziej słucha niż mówi, bardziej negocjuje niż nakazuje. Może być zastosowana do pracy z noworodkiem, płodem na dowolnym etapie rozwoju, matką w ciąży i poborowym na przepustce.

Co równie ważne jest to terapia życzliwa także dla terapeuty. Nie przytłacza terapeuty ciężarem odpowiedzialności za wynik nie zawsze zgodny z oczekiwaniem pacjenta bo to nie jest kontrakt zawarty o przywrócenie pełni zdrowia, czego w istocie ze względu na nieskończoną ilość zmiennych w równaniu nie jest w stanie przewidzieć żaden uczciwy terapeuta posługujący się jakąkolwiek metoda leczenia. To jest twórcza praca, a właściwie współpraca z ciałem zgodnie z aktualnym jego potencjałem i tempem samoregulacji. A przecież spokój i wewnętrzna spójność są bezcenne w pracy osteopatycznej.