"Ile waży tęcza?"
Autor: lek. med. Piotr Godek

Wczoraj był bardzo smutny dzień. W szkole imienia Sutherlanda spalono na stosie w obecności studentów teorię Sutherlanda. Inkwizytorem okazał się - o ironio - osteopata a więc "brat w wierze".

Zaraz, zaraz, w jakiej wierze, przecież liczą się fakty potwierdzone naukowo - ktoś powie. Liczy się prawda albo fałsz, oddzielanie ziarna od plew, pszenicy od chwastów itp. itd. Tu nie ma miejsca na wiarę.

Biedny Still przewraca się w grobie. To prawda, że dał ludzkości system medyczny oparty w dużej mierze o wierzenia będące wynikiem jego obserwacji anatomicznych i codziennej praktyki medycznej bez wymyślnych eksperymentów, wyrafinowanej aparatury i kontaktu z przodującymi uniwersytetami świata. Można powiedzieć, że bezczelnie odważył się przedstawić swój punkt widzenia w oparciu o osobiste doświadczenie. Co za tupet? Skąd pewność, że ciało jest całością, że ma wewnętrzny potencjał do samoleczenia, że funkcja i struktura są wzajemnie od siebie zależne.

Nie dość na tym - uczył swoich wierzeń innych i z tego "nieszczęścia" pojawiła się na świecie osteopatia czaszkowa. Pomimo tego, że przynosi ulgę w cierpieniu, staje się terapią odrzuconą nawet w środowisku osteopatów, bo jedynym dowodem na jej skuteczność jest "tylko" subiektywne doświadczenie setek terapeutów i tysięcy pacjentów na całym świecie, kilka ponad pięćdziesięcioletnich życiorysów zapisanych codzienną pracą z pacjentem i wg. krytyków metody - pseudonaukowe publikacje. To zbyt mało, aby zadowolić świat nauki i ubiegać się o wzorzec naukowości.

No tak, ale jak w świecie totalnego relatywizmu sprostać wymaganiom czystej naukowości?

Wyobraźmy sobie badanie maksymalnie obiektywne, gdzie liczy się tylko prawda obiektywna a więc wynik końcowy eksperymentu.

Po pierwsze nikomu nie powinno zależeć na udowodnieniu wstępnej tezy - liczy się wynik.

No tak, ale jak wybrać tezę wstępną nie będąc choć trochę zainteresowanym problemem naukowym, o jakim traktuje, fe..., nieładnie, grzech interesowności numer jeden.

Po drugie - pacjent powinien być wybrany przypadkowo, jakim prawem do eksperymentu dobiera się ludzi chorych, których mózg jest już skażony cierpieniem i wszystko, co powoduje jakiekolwiek zmiany będzie lepsze niż stan dotychczasowy - to nie fair.

Po trzecie - pacjent nie wie kto go leczy, ba - pacjent nawet nie powinien wiedzieć, że jest leczony - bo włączy się efekt placebo i cały misterny plan upadnie.

Po piąte - nigdy nie powinien wiedzieć, że jest obserwowany - bo może udawać.

Po szóste nie wolno wyniku eksperymentu obserwować za pomocą narządów zmysłu w jakie wyposażony jest człowiek - znamy wszyscy złudzenia optyczne, omamy słuchowe, itp., a gdyby już miał to oceniać jednak człowiek, należy go wybrać komisyjnie, poddać badaniom co najmniej psychiatrycznym, no tak ale jak powołać komisję i lekarzy psychiatrów kwalifikujących oceniającego.

Jak widać absolutna obiektywizacja prowadzi do absolutnej bzdury. Zawsze jest krok wstecz, zawsze jest pytanie o początek jakiegoś toku rozumowania, nieuchronne jest spotkanie z problemem praprzyczyny, jak w historii stworzenia wszechświata - kto stworzył świat? - Bóg, oczywiście, a kto stworzył Boga? - tu musi być nagły i karkołomny zakręt na którym regularnie wypadają z trasy ateiści - Bóg stworzył się sam.

Reasumując ideałem więc czystej formy naukowej byłby eksperyment przeczący lub potwierdzający wykonany na nieznanym obiekcie, metodą nieznaną obserwatorowi i obiektowi badań, dla nieznanych potrzeb bo a nuż stoi za tym jakieś lobby.

W dobie badań opartych o fakty potwierdzone eksperymentalnie miarą wszechrzeczy, miarą prawdy i fałszu jest wynik statystycznie znamienny. Z drugiej strony statystyka pozwala na manipulacje wynikiem poprzez zastosowanie odpowiednich kryteriów oceny - np. jeżeli ktoś wykonał 5 operacji pionierską metodą i 1 pacjent jej nie przeżył to skuteczność danego chirurga w tym zabiegu sięga aż 80 % - zachwyca, a zarazem przeraża.

Sprawą oczywistą jest, że opiekę nad ludzkim zdrowiem trzeba traktować poważnie. Najwyższego szacunku są godne wysiłki naukowców dążących do zrozumienia i opisania zjawisk rządzących ludzkim ciałem i psychiką.

Z drugiej strony wiemy, że bardzo kosztowne badania w zakresie nauk medycznych są finansowane głównie przez wielkie koncerny, zainteresowane rozwojem nauk medycznych delikatnie mówiąc spójnym z linią rozwoju przedsiębiorstwa. To dlatego medycyna naturalna nawet o tak ustabilizowanej reputacji jak chińska akupunktura (bagatela 4 tysiące lat historii) nie może liczyć na zainteresowanie i wyasygnowanie sum na rzetelne badania naukowe, a cóż dopiero mówiąc o jakiejś tam osteopatii czaszkowej. Wobec tego badania nad przedmiotem prowadzi się w sposobami chałupniczymi jak miało to miejsce w przypadku wspomnianego wyżej Inkwizytora. Badanie odbyło się przy użyciu piłki, którą wręcza się studentom i ponieważ każdy z nich czuje pulsacje podobne do ruchu czaszki prowadzi to do jakże trafnego wniosku, że nic takiego jak ruch kości czaszki nie zachodzi w przyrodzie. Drugi eksperyment polegał na tym, aby przyłożyć ręce do głowy pacjenta i nie robić nic, ponieważ efekt terapeutyczny i tak zachodził, wywnioskowano "logicznie" że zadziałał efekt placebo ergo cała osteopatia czaszkowa to placebo.

Pojawiają się zatem pytania.

Czy jesteśmy na etapie rozwoju naukowego pozwalającego przewidzieć wszelkie aspekty życia?

Czy istnieje naukowy dowód na istnienie Boga? Czy istnieje naukowy dowód na jego nie istnienie? Tu dochodzimy do granic ludzkiego poznania poprzez ograniczenie metod jakimi się posługujemy przy pomiarach tego co chcemy zmierzyć.

Czy ultrafiolet albo promieniowanie kosmiczne nie istniały zanim nie skonstruowano przyrządów pomiarowych, które je rejestrują?

Czy dysponujemy metodologią która zapewnia bezstronną ocenę zjawisk zachodzących w ludzkim ciele wobec potęgi efektu placebo?

Czy dysponujemy odpowiednią aparaturą pomiarową i aparatem pojęciowym, aby ogarnąć i opisać to co dzieje się w ludzkim ciele zwłaszcza w jego interakcji z terapeutą i jego intencjami?

Czy za pomocą mózgu - głównego narzędzia analizy - można poznać do końca zasady jakimi kieruje się mózg? Czy narzędzie może do końca opisać narzędzie?

A może po prostu zadajemy pytanie - ile waży tęcza?

Jeżeli wszystko jest względne - nic nie jest pewne, wówczas poszukiwanie terapii skutecznej może być traktowane jako świadome zwiększanie efektu placebo.

Zresztą, co to znaczy terapia skuteczna? Wydawałoby się to proste tzn. taka po której pacjent subiektywnie oceni że czuje się lepiej, ale jeżeli subiektywna ocena pacjenta nic nie znaczy dla nauki (chociaż posługuje się ocena skali bólu i rozległymi kwestionariuszami pytań co do oceny sprawności, bólu, czy komfortu życia) to niczemu w gruncie rzeczy nie służy.

Z potęgi efektu placebo wynika w moim pojęciu tylko jeden wniosek - niewiele wciąż wiemy funkcjonowaniu ludzkiego ciała. Nie wynika zaś wniosek o tym, że cokolwiek zrobimy ma takie samo znaczenie dla ludzkiego zdrowia albo że jeśli czegoś nie można udowodnić wprost to tego nie ma. Tak jak z istnieniem Boga.

Wracając do Sutherlanda nie wiem czy jego pięć założeń Pierwotnego Systemu Oddychania można udowodnić naukowo, wiem, że jako skromny terapeuta nie mam szans ich potwierdzić ani im zaprzeczyć. Wierzę natomiast - przepraszam za to że wierzę -że stanowią dobre przybliżenie procesów z jakimi mamy do czynienia zajmując się osteopatią czaszkową, tak samo jak nie znając go osobiście, ale czytając jego dzieła wierzę, że był człowiekiem uczciwym i skromnym i że jego ponad 50 - letni, pełen sukcesów terapeutycznych życiorys jako osteopaty posługującego się tą metodą zaświadcza o metodzie wystarczająco mocno.

Jeżeli odrzucimy terapie, które mimo braku dowodu naukowego prawdziwości swych założeń teoretycznych działają - dodajmy skuteczniej niż placebo - to pozostaje miejsce wyłącznie na leczenie czopkami i tabletkami, które przed wprowadzeniem na rynek maja na szeroką skalę zakrojone badania naukowe, liczne próby na zwierzętach, pomiary, opinie instytutów i profesorów, ale... nie działają, co potwierdza praktyka dnia codziennego każdego terapeuty.

W osteopatii a szczególnie w osteopatii czaszkowej spotkanie terapeuta/pacjent to cud. Polega on na tym, że terapeuta obdarzony pewną wiedzą (nie zawsze spójną i popartą dowodami naukowymi) i pewną sprawnością manualną (kwestia nie mierzalna) nie zmieniając genotypu pacjenta, jego przyzwyczajeń żywieniowych, jego środowiska społecznego, zawodowego, rodzinnego, nie wpływając na jego system wierzeń, nie wnikając w system wartości, wyznanie, doświadczenia traumatyczne posługując się często wyłącznie dźwignią aparatu ruchu przynosi ulgę w cierpieniu. Jak to możliwe?

Osobiście uważam, że w tej terapii są rzeczy ważniejsze niż ruch kości czaszki, kości krzyżowej czy odpowiednia częstotliwość pulsacji płynu mózgowo-rdzeniowego tak zaciekle atakowane przez Inkwizytora. W tej terapii najważniejszy jest Oddech Życia opisywany przez Sutherlanda, przysparzający mu wrogów wśród racjonalistów. I znowu nic innego nie oddaje istoty zagadnienia tak dobrze i zarazem tak źle jak to określenie (przeklęty relatywizm). O tym, że jest to ciągle tajemnica wiedział również sam Sutherland.

Dla mnie osobiście praca w systemie opisanym przez Sutherlanda (nawet jeżeli jest niedoskonały) bardzo dobrze imituje obserwację ekranu radaru na którego polu znajdują się obiekty (przeszkody) na drodze fali emitowanej przez radar. Obserwacja fazowych zmian kształtu i napięć nie tylko czaszki, ale przecież za pośrednictwem systemu powięziowego kształtu i napięć całego ciała wraz z możliwością wpływania na te zmiany w kierunku symetrii i równowagi jest niczym więcej jak aktywną formą obserwacji radaru. Aktywną bo poprzez techniki pracy w tym systemie (a więc coś jednak zależy od terapeuty) możemy wpływać za pomocą fali radaru na kształt (strukturę) a wiec i funkcję obserwowanych obiektów. Bez tej fali fazowo wysyłanej radar jest bezużyteczny. To właśnie ona objawia naturę przeszkód ich kształt, usytuowanie, wzajemne połączenia, itd. Dzięki niej można przewidzieć konsekwencje dla całego systemu wynikające z anatomiczno - fizjologicznych korelacji umieszczenia przeszkód. Czym jest ta fala?, skąd przychodzi?, co ją zasila? Nie wiem i nie bardzo mnie to obchodzi - jest to może pole do badań dla naukowców. Wiem bo czuję, że ona jest, tak jak uczono mnie w szkole im. Sutherlanda, abym ufał własnym rękom i jak on sam wielokrotnie podkreślał pisząc o "myślących i widzących palcach".

Czy wobec tego ktokolwiek ma prawo oceniać tak surowo osteopatię czaszkową, a co najmocniej boli - wyszydzać ją pseudonaukowymi eksperymentami w imię naukowej poprawności?

Jeszcze raz podkreślam nie mam żalu za to, że ktoś krytycznie odnosi się do metody terapii, mam żal za niewybredną negację systemu, którego nie można poznać do końca a który sprawdza się w praktyce codziennej pracy z pacjentem. Inaczej brzmi sformułowanie - "niewiele jeszcze wiemy o tej terapii", czy "jest nadal wiele do zrobienia i poznania", a inaczej brzmi - to wszystko jest bzdura powielana z pokolenia na pokolenie.

Jestem zdeklarowanym przeciwnikiem negowania zdobyczy nauki, poznając nową metodę terapii zawsze szukam odniesień do anatomii i fizjologii człowieka. Szanuję trud jaki wkładają naukowcy w odkrywanie i opisywanie świata. Ale warto zachować zdrowy rozsądek, zwłaszcza będąc na pozycji "karmionego informacją", której skromny terapeuta nie jest w stanie sprawdzić na niwie naukowej. Warto zaufać własnym nienaukowym palcom odnosząc się do wewnętrznego kompasu rozsądku i swoich osobistych doświadczeń w pracy z pacjentem w zaciszu swego gabinetu i gdy z wyżyn naukowych katedr do skromnego praktyka dociera potężny głos "Pies to taki rodzaj kota" może warto pozostać pseudonaukowym i dalej robić swoje.